| Powrót do atomu |
|
|
| Artykuły - Energia atomu | ||||||||
| Wpisany przez Administrator | ||||||||
| Sobota, 13 Wrzesień 2003 00:00 | ||||||||
|
Działające od wielu lat zespoły elektrowni jądrowych, który miały już pójść na złom, i to niemalże za bezcen, nagle uzyskały bardzo dobre notowania.
Działające od wielu lat zespoły elektrowni jądrowych, który miały już
pójść na złom, i to niemalże za bezcen, nagle uzyskały bardzo dobre
notowania. Jedna z największych central atomowych w stanie Vermont, pracująca
od 27 lat, miała być właśnie zamknięta, ale pojawił się inwestor gotów ją
przejąć i ponownie uruchomić, w dodatku za godziwą cenę.
Dzieje się to w chwili, gdy amerykańska energetyka jądrowa znajdowała się już jakby w odwrocie, zwłaszcza że z Europy dochodziły dzikie pokrzykiwania Zielonych. Od czasu, gdy w roku 1979 nastąpiła awaria - niezbyt zresztą groźna i szybko opanowana - w amerykańskiej elektrowni Three Miles Island w Pensylwanii, a zwłaszcza po katastrofie Czarnobyla, której piętnastolecie właśnie obchodzimy, ogólne przestraszenie energią nuklearną spowolniło prace projektowe w tej dziedzinie, choć fachowcy zasadnie uważają, że nie doczekaliśmy się dotąd sensownej alternatywy, a nowe rozwiązania technologiczne pozwalają zminimalizować ryzyko i niepomiernie zwiększają bezawaryjność reaktorów. Kiedy kilka dni temu przez Polskę przejeżdżał pociąg z paliwem dla czeskiego reaktora w Temelinie, donoszono o tym w takim tonie, jakby chodziło o pociąg zarażony dżumą - tymczasem cała operacja była nieszkodliwa, a obawy irracjonalne.
Wskrzeszenie przemysłu atomowego dało pretekst do debaty nad polityką energetyczną nowej administracji Busha. Administracja ta mówi, że nuklearne siły powinny być jednym z fundamentów narodowej energetyki. Krytycy z tak zwanej Union Concerned Scientist - nie wiem, jak to przetłumaczyć, "zatroskani" nie brzmi szczęśliwie, a "zainteresowani" to trochę za mało - wyrażają obawę, że daleko posunięty wiek amerykańskich jednostek atomowych i trudność rekrutacji zręcznych operatorów stanowią najsłabsze ogniwo bezpieczeństwa operacyjnego. Rozwiązaniem ma być automatyzacja, ale skądinąd wiadomo, że nieawaryjne technologie nie istnieją. Jednak od czasu awarii na Three Miles Island nie zdarzył się w Stanach Zjednoczonych żaden poważny wypadek. Nowe korzystne warunki opodatkowania i pomoc regulacyjna uczynią stare urządzenia pewniejszymi, ułatwią też produkcję nowych. Wszystko to nie jest bez znaczenia dla Europy, która w tej dziedzinie przeżyła w minionych dziesięcioleciach same klęski. Najpierw był austriacki Zwentendorf. De mortuis nil nisi bene, ale nieboszczyk kanclerz Bruno Kreisky zachował się trochę jak osioł: kiedy tamtejsza elektrownia stała już gotowa, niemal pod klucz, zorganizował referendum, w którym pięćdziesiąt i sześć dziesiątych procenta głosujących powiedziało "nie"; w rezultacie zmarnowano miliardy. Dziś najbardziej przez Zielonych zaatakowane kraje to Szwecja i Niemcy; we Francji, gdzie elektrownie atomowe stanowią bardzo istotną część źródeł energii, nikt jakoś nie umiera ze strachu. Natomiast kiedy przez Niemcy przejeżdża pociąg z odpadami z francuskich elektrowni, niewyżyta wojennie młodzież niemiecka znajduje wielką rozkosz w przykuwaniu się do torów, podwieszaniu pod wiaduktami i innych spektakularnych czynnościach, które - nawiasem mówiąc - bardzo lubi z kolei telewizja. Napisałem tu już, i zdanie moje podtrzymuję, że czynność taka jest nonsensowna: jeśliby bowiem nawet przyjąć, że pociąg taki zaszkodzić może otoczeniu, to zatrzymywanie go w jednym miejscu szkodliwość tę niewątpliwie potęguje. Osobiście sądzę, że i dla Polski nie ma innego wyjścia, jak wznowić budowę w Żarnowcu, choć z drugiej strony nie bardzo wierzę w jej powodzenie. Od lat przecież mówi się o autostradach - i żadne nie powstają, więc z elektrowniami atomowymi byłoby pewnie jeszcze gorzej. Nawrót do energetyki jądrowej zwiększy też niewątpliwie zainteresowanie jej stroną teoretyczną. Będzie się w dalszym ciągu doskonaliło technologie produkcji i systemy zabezpieczeń. Rząd Busha chce zasadniczo zmienić ustawę ograniczającą odpowiedzialność producentów w przypadku awarii nuklearnych; sprawy dotyczące atomowych źródeł mocy są w Ameryce pod władzą praw federalnych, nie stanowych. Przypomina się też delikatnie, że powrót do energetyki jądrowej i jej rozbudowa zmniejszy wyrzucanie spalin w atmosferę (w książce "Świat na krawędzi" pisałem, jak straszne ilości rozmaitych toksycznych i szkodliwych substancji wydalają konwencjonalne elektrownie cieplne). To zaś oznacza udanie się w stronę regulacji podjętych na konferencji w Kioto w sprawie zmian klimatu i tak zwanego efektu cieplarnianego; regulacji, które Ameryka jak dotąd raczej kontestowała. Swoją drogą znane powiedzenie Stanisława Lema, że im bardziej klimat się ociepla, tym jest zimniej, niestety się sprawdza. Za oknem widzimy niesłychane ocieplenie: okres wegetacji opóźnił się w tym roku niemal o miesiąc, grozi za to fala powodzi. Pozostaje oczywiście nierozwiązany, niosący rozmaite niebezpieczeństwa i stanowiący przyczynę nieustannej kontestacji problem składowania zużytych materiałów nuklidowych. Rosja putinowska, która ma olbrzymie obszary praktycznie nie zaludnione, a przy tym bardzo potrzebuje pieniędzy, okazuje gotowość przyjęcia znacznej ilości radioaktywnych odpadów. W Ameryce padła propozycja, by w tym roku administracja Busha opracowała odpowiedzialny politycznie plan, zawierający rozwiązania bardziej długoterminowe. Ostatnio mówi się o górach Nevady; wszyscy są za i tylko w Nevadzie nikt się nie cieszy... Pisałem już, że najlepszym śmietniskiem atomowym byłby Kosmos: niestety wyrzucenie w Kosmos jednego kilograma czegokolwiek kosztuje na razie zbyt wiele. Mówiło się od lat, że będziemy kiedyś mieli czystą energię z fuzji termojądrowej, jak w gwiazdach. Może to nie jest marzenie ściętej głowy, może nawet w pierwszej połowie tego stulecia dojdzie do pokonania technicznych trudności, wtedy problem resztek przestanie być tak istotny. Widziałem już u nas pierwsze ogłoszenia reklamowe, zachęcające właścicieli domów, by wbudowali sobie w dach wielopłytkowe urządzenie pochłaniające energię słoneczną. Domu zimą się w ten sposób nie ogrzeje, ale ciepłą wodę w lecie zapewnić już można. Działanie tego urządzenia zależne jest jednak od stopnia zachmurzenia i tak dalej. Ostatnio też czytałem artykuł pełen zdziwienia, że my na Ziemi żyjemy na cieniutkiej skorupie, pod którą znajduje się płynna lawa. Nie możemy jednak ze zmagazynowanej tam energii korzystać, kiedy się bowiem zrobi w Ziemi dziurę głębszą niż osiem-dwanaście kilometrów, wszystko, co się w nią wsadzi, ulegnie zaraz stopieniu. Pędzimy więc przez Kosmos siedząc na okrągłej beczce prochu, a równocześnie szukać musimy drewienek, żeby skrzesać nieco ognia i trochę się rozgrzać. Nikt, zdaje się, nie dokonał globalnego salda i nie próbował dokładnie określić, w jakim procencie opór przeciw energii atomowej wywołany jest lękliwością społeczeństwa podsycaną przez media, w jakim zaś wynika z rzeczywistych potencjalnych zagrożeń. Dotyczy to także innych dziedzin. Słyszymy ostatnio wiele o tak zwanym "elektromagnetycznym smogu". Jedni twierdzą, że nie ma nic bardziej niezdrowego i że nadzwyczaj niebezpieczne jest częste sięganie po telefon komórkowy, a już nie daj Bóg postawić dom pod liniami wysokiego napięcia. Wedle innych negatywny wpływ tak zwanych komórek na nasze zdrowie jest żaden, a osoby bardzo ostrożne mogą po prostu używać kabelka z wtyczką do ucha. Ostatnio we Włoszech rozpoczęła się awantura wokół nadajnika Radia Watykańskiego, które, nie mając dalszych stacji przesyłowych, wali z większą mocą, aniżeli przewiduje to prawo włoskie, bardzo zresztą w tym punkcie restrykcyjne; kierownictwo stacji zgodziło się już zmniejszyć liczbę godzin emisji. Ogólny wniosek jest taki: ludzi na Ziemi będzie coraz więcej, tłok rośnie, zapotrzebowanie na energię także. Bez względu na to, jaką postać energii użytkujemy, czy są to węglowodory płynne, czy gazowe, czy też nuklidy, zawsze pojawią się problemy. Od podobnych zmartwień wolni są jedynie siedzący na wielbłądach Beduini: nie mają prądu, mają za to jeden garb przed sobą, drugi za sobą i więcej im nie potrzeba.
|











